Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Okiem Pepy. Pokaż wszystkie posty

Zimowy spacer po Świerklańcu

Gdy w weekendy odwiedzam Sączów często zjeżdżam wcześniej z autostrady by po drodze zahaczyć o park w Świerklańcu. Lubię tam spacerować niezależnie od pory roku i pogody. Nawet gdy jest mroźno i trochę ponuro jak ostatnim razem.
Park w Świeklańcu przypomina mi Wiedeń, jest dla mnie odskocznią od szarych blokowisk i namiastką tego, za czym tęsknię po powrocie do Polski. Chociaż w porównaniu do przystrzyżonych od linijki parków austriackiej stolicy trochę podniszczony i dziki, jego rozmach wciąż robi wrażenie. Co prawda po znajdującym się tu niegdyś zamku pozostały tylko schody i otaczające go fontanny, ale zachowała się willa zwana dziś Pałacem Kawalera.
Pałacyk wybudowano na początku XIX wieku z myślą o przebywających w Świerklańcu znamienitych gościach, zwłaszcza o niemieckim cesarzu Wilhelmie II, który przyjeżdżał na organizowane przez księcia Guido von Donnersmarcka polowania. Obecnie mieści się tu restauracja oferująca wykwintne dania i bistro, w którym można napić się kawy, wina (zimą także grzanego) lub przekąsić co nieco jeśli zgłodniejemy podczas spaceru.
Mróz dawał mi się we znaki, więc tym razem nie zabawiliśmy w Świeklańcu długo, ale o parku i jego atrakcjach napiszę tu jeszcze nie raz i będę Wam go pokazywać na kolejnych spacerach. Mam nadzieję, że dacie się jeszcze zaprosić!

Zobacz także:

Wiedeń na Gwiazdkę: relacja z wycieczki cz. 2

W pierwszej chwili gdy się przebudziłam i otworzyłam oczy, nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Wiedeń? To niemożliwe, pewnie dalej śpię. A skoro to taki fajny sen, to szkoda jeszcze wstawać. Zamknęłam oczy i dryfując gdzieś między snem a jawą po chwili znowu odważyłam się wrócić do świata. Wiedeń? Chwilę jeszcze potrwało zanim to do mnie dotarło a gdy już uwierzyłam, to uśmiech nie schodził mi z twarzy. Mój drugi dzień przedświątecznej wycieczki rozpoczęłam od pysznej kawy i obowiązkowo szklanki zimnej wody z kranu. W poprzedniej części Wiedeń na Gwiazdkę: dzień 1 pisałam już, że do dobrych rzeczy człowiek szybko się przyzwyczaja, znacznie trudniej przychodzi mu później z nich rezygnować. Prawda stara jak świat i wciąż aktualna. Po powrocie do Polski bardzo przeszkadzało mi to, że kranówka nie nadaje się do picia. Taszcząc ze sklepu zgrzewki mineralnej wspominałam jak to fajnie było mieć kiedyś w kranie czystą, alpejską wodę, która w smaku była o niebo lepsza od tej z plastikowej butelki (o wiedeńskiej wodzie pisałam już tu, tu i tu). W dodatku wszędzie umieszczone były punkty czerpania wody. Spacerując po mieście, robiąc zakupy, wędrując po wzgórzach Lasu Wiedeńskiego czy jeżdżąc na rolkach wzdłuż Dunaju nie musiałam myśleć o zabieraniu z sobą napojów. W torebce miałam tylko zwijaną butelkę, którą napełniałam chłodną wodą gdy chciało mi się pić. Niektóre wodopoje w centrum miały też funkcję robienia mgiełki, która podczas upałów była nieoceniona!
Skoro już o wodzie mowa, kolejną rzeczą, za którą bardzo tęskniłam był widok Dunaju. Mieszkając w Wiedniu uwielbiałam spędzać czas nad rzeką. Dunaj zmieniał kolor w zależności od pogody i pory roku. Zimą był stalowoszary, latem zielonkawoniebieski jak tu, a ja niezmiennie lubię go we wszystkich odsłonach. Tym razem zaskoczył mnie mgłą jakiej nigdy jeszcze tu nie widziałam.
Z Reichsbrücke ledwo było widać zarys wieży Millennium Tower na Handelskai, a wzgórza Kahlenberg i Leopoldsberg zupełnie zniknęły z horyzontu. Mgła spowiła też wierzchołek DC Tower, która sprawiała teraz wrażenie jakby nie miała końca i sięgała prosto do nieba.
Przez ten spacer nad Dunajem trochę zgłodniałam, wsiedliśmy więc w metro i pojechaliśmy do sprawdzonej knajpki w okolice Landstraße Wien Mitte, by później spacerkiem udać się w kierunku Schwedenplatz. Minęliśmy także mglistą tego dnia rzekę Wiedenkę i wznoszące się przy niej obserwatorium astronomiczne Urania.
Gdy doszliśmy do Motto am Fluss, restauracji na Kanale Dunajskim do złudzenia przypominającej statek, skręciliśmy w Griechengasse, moją ulubioną wiedeńską uliczkę, która doprowadziła nas na Stare Miasto. Minęliśmy Katedrę Szczepana, Graben i Kohlmarkt, co jakiś czas zatrzymując wzrok na wystawach sklepów, które jak to w niedzielę były zamknięte.
Przez Michaelerplatz i Hofburg dostaliśmy się do Volksgarten, skąd było widać już Ratusz i największy z wiedeńskich jarmarków, Wiener Adventzauber am Rathausplatz.
Przeszliśmy się po udekorowanym światełkami parku, wyjadając z papierowej tytki ciepłe, prażone na słodko migdały. Pyszności! Za każdym razem gdy mam okazję być na Jarmarku Bożonarodzeniowym pod Ratuszem, nie mogę ich sobie odmówić.
Jeszcze tylko spojrzenie na Burgtheater i znajdujący się obok dostojny gmach Parlamentu i ruszyliśmy tramwajem w kierunku jarmarku na Altes AKH. To tam chodziliśmy latem na kurs niemieckiego, który bardzo dobrze wspominamy, więc z sentymentem patrzyliśmy na tak odmieniony świątecznymi ozdobami dziedziniec kampusu.
Złapaliśmy autobus 69A, którym wracaliśmy sobie czasem do domu po zajęciach, tym razem wysiadając na Spittelbergu. Mój ulubiony, malutki i klimatyczny jarmark w tym roku wyraźnie się rozrósł, co troszkę ujęło mu dawnego uroku. Wciąż jednak można było podziwiać stoiska z rękodziełem i spróbować przeróżnych przysmaków, nie tylko kuchni austriackiej. Oferowano nawet hiszpańskie churros z czekoladą! My jednak tradycyjnie wypiliśmy kubeczek rozgrzewającego ponczu i odeszliśmy w stronę Museums Quartier, wiedeńskiej dzielnicy muzeów.
Jarmark pod MUMOKiem nieco różni się od pozostałych. Nie nazwałabym go nawet jarmarkiem, bo próżno tam szukać stoisk ze świątecznymi ozdobami. Są za to pawilony, w których można się napić ponczu w przeróżnych wariantach, nawet w wersji turbo. Turkusowe leżanki, na których latem tak lubiłam wypoczywać zostały przestawione i złączone z sobą tak, że teraz z powodzeniem pełniły funkcję stołów. Na dziedzińcu pełno było młodych ludzi a imprezie przygrywał DJ. Aż chciałoby się tam zostać dłużej, ale byliśmy ciekawi co jeszcze słychać w Wiedniu.
Gdy wyszliśmy przez bramę MQ nie sposób było nie zajrzeć do Wioski Świątecznej na Placu Marii Teresy. Przeszliśmy się po jarmarku i wróciliśmy do stacji metra, skąd fioletową linią udaliśmy się na Prater.
A na Praterze niespodzianka: świąteczny koncert! Ludzie rozmawiali stojąc przy stolikach i popijając poncz, a co niektórzy tańczyli już w rytm wygrywanych melodii. W takich okolicznościach ciężko było odmówić sobie jeszcze jednej szklaneczki świątecznego trunku.
Po tak pełnym wrażeń dniu ucieszyłam się gdy wreszcie dotarliśmy do domu. Po drodze rzecz jasna wstąpiliśmy jeszcze na kawałek pizzy jak za starych, dobrych czasów.

Zobacz także:

Mroźny Rogoźnik

PrzyszedÅ‚ Nowy Rok i przyniósÅ‚ z sobÄ… mróz. I to siarczysty! Od trzech dni termometr za oknem pokazuje -15°C. Już dawno nie odczuÅ‚am na wÅ‚asnej skórze takiej temperatury. UbiegÅ‚orocznÄ… zimÄ™ spÄ™dziÅ‚am w Wiedniu, a tam klimat mimo wszystko jest Å‚agodniejszy. Teraz nie ma zmiÅ‚uj, bez czapki i rÄ™kawiczek ani rusz. ZamarzÅ‚y już nawet okoliczne jeziorka. JadÄ…c z SÄ…czowa w stronÄ™ Czeladzi zatrzymaliÅ›my siÄ™ na chwilÄ™ w Rogoźniku. Zalew skuty byÅ‚ lodem, a po tÅ‚umach okupujÄ…cych w okresie letnim miejscowÄ… plażę pozostaÅ‚o tylko wspomnienie. Wokół spokój i cisza. SpacerowaliÅ›my po tafli jeziorka, oglÄ…dajÄ…c przez lód piaszczyste dno. Tak to na nowo odkryliÅ›my znajome już dobrze miejsce, spoglÄ…dajÄ…c na nie z zupeÅ‚nie innej perspektywy.
Spacerujecie też czasem po zamarzniętych jeziorach?

Zobacz także:

Wiedeń na Gwiazdkę: relacja z wycieczki cz. 1

W ostatnią przedświąteczną sobotę wstałam wcześnie, obudzona słońcem wdzierającym się przez okno pokoju w akademiku, naszego kolejnego prowizorycznego mieszkania, w którym nie zdążyliśmy się jeszcze w ogóle zadomowić. Kolejne mieszkanie, kolejni sąsiedzi, kolejny widok z okna. Tym razem na dziesięciopiętrowy, po-PRL-owski blok z wielkiej płyty, obraz swojski i do bólu polski. Zaczęliśmy wspominać Wiedeń, w którym spędziliśmy ostatni rok. Od naszego powrotu w październiku nie było dnia, w którym nie tęskniłam za tym wszystkim, co musieliśmy za sobą zostawić. Człowiek ławo przyzwyczaja się do dobrych rzeczy, trudniej mu z nich rezygnować. Tak jest chyba zawsze.
Nie musieliśmy zbyt wiele mówić i między sobą ustalać. Szybki telefon do pani Beaty, u której wynajmowaliśmy wcześniej mieszkanie czy ma teraz jakiś wolny apartament: jest akurat ten w którym najdłużej mieszkaliśmy, nasz ulubiony. Możemy przyjeżdżać a pobyt mamy od niej w prezencie. Bardzo miły gest! Po kwadransie byliśmy już spakowani i opuszczaliśmy Gliwice, kierując się na tak dobrze już znaną drogę do Wiednia. Podróż zleciała nam błyskawicznie, szybciej niż się spodziewaliśmy. Przez ostatnie tygodnie wydawało mi się, że to miejsce z którym wiąże się tyle miłych wspomnień jest teraz tak nieosiągalne i odległe jak drugi koniec świata a tymczasem ani się obejrzeliśmy, kiedy zaparkowaliśmy pod "naszą" kamienicą i weszliśmy do środka.
W mieszkaniu niewiele się zmieniło. Wchodząc do niego miałam wrażenie jakbym nie przyjechała na wycieczkę, tylko wróciła nareszcie do domu z przydługich i średnio udanych wakacji w Polsce równocześnie zdając sobie boleśnie sprawę, że to nieprawda.
Wiedziałam, że powrót pod wieloma względami nie będzie dla mnie łatwy i przez te prawie trzy miesiące wolałam się odciąć i nie myśleć zbyt wiele o tym, co już za sobą zostawiliśmy. Tęskniłam za tym mieszkaniem, tęskniłam za miastem, za Dunajem, za niedzielnymi wypadami na wzgórze Kahlenberg i spacerami po parku Schönbrunn. Za widokiem na Ratusz i Hofburg z Volksgarten, za Stadtparkiem, Donauinsel, za przejażdżką fioletową linią metra przez Donaustadtbrücke. Za 11 dzielnicą, w której mieszkaliśmy, na pierwszy rzut oka niezbyt piękną ale przy bliższym poznaniu dającą się lubić, zwłaszcza gdy odkryliśmy, że w pobliżu znajdują się piękne tereny spacerowe i winnice Laaerberg. Długo by jeszcze wymieniać tak wiele w Wiedniu jest pięknych miejsc. Wystarczy jak Wam powiem, że w ciągu roku nie udało mi się jeszcze zobaczyć wszystkiego, co bym chciała. Koniec tych smutków, napiliśmy się po lampce pysznego austriackiego wina Tschida Spätlese i ruszyliśmy na miasto!
Zwiedzanie Jarmarków Bożonarodzeniowych rozpoczęliśmy od usytuowanego najbliżej nas Karlsplatzu. Kościół św. Karola Boromeusza zawsze robi na mnie niesamowite wrażenie. Ta jedna z najpiękniejszych barokowych budowli zwana jest niekiedy wiedeńskim Tadż Mahal. Osobiście nie lubię tego typu porównań, od razu przed oczami staje mi Paczków okrzyknięty szumnie w jakimś artykule polskim Carcassonne. Szczecin- Paryż Północy, Puławy- polskie Ateny, Wałbrzych- polska Toskania, a ileż to naczytałam się w przewodnikach o przeróżnych "Wenecjach" i "Szwajcariach"! Wiedeński kościół jest tak charakterystyczny, że jakiekolwiek przyrównywanie go do innych zabytków na świecie zdaje się umniejszać jego randze i pozbawione jest sensu. Każdy kto nawet przez przypadek się pod nim znalazł z pewnością zapamiętał to miejsce na zawsze.
Jarmark na Karlsplatzu nie jest może aż tak popularny jak Wioska Bożonarodzeniowa pod Ratuszem, ale niezaprzeczalnie jest jednym z najwiÄ™kszych i najpiÄ™kniejszych targów Å›wiÄ…tecznych Wiednia. Jego najwiÄ™kszÄ… atrakcjÄ… jest szopka z żywymi zwierzakami. W tym roku byÅ‚y to owce, kozy i para maÅ‚ych, kwiczÄ…cych wieprzków. 
Spacerując po jarmarku wpadliśmy na pomysł, żeby zadzwonić do mieszkających w Wiedniu Magdy i Andrzeja, którzy właśnie mieli się wybierać pod Pałac Schönbrunn.
Kilka stacji zielonym metrem i już już byliśmy na miejscu, pijąc z dawnymi znajomymi poncz. Zarówno ten karmelowy jak i z dodatkiem Baileys nie miały sobie równych, do tego widok na pięknie oświetlony nocą pałac i grające w tle świąteczne piosenki. Niestety, równo o 21 wiedeńska punktualność dała o sobie znać i budki w mgnieniu oka pozamykały się na trzy spusty tak, że cudem udało nam się jeszcze zwrócić kubki przez szparę w drzwiach na zapleczu. Szkoda, że jarmarki chociaż w weekendy nie są czynne dłużej.
Magda i Andrzej zaprowadzili nas do małej, klimatycznej knajpki niedaleko pałacu. Aperol Spritz był bardzo dobry, a towarzystwo jeszcze lepsze. Czas szybko zleciał i trzeba było zbierać się do domu. Wiedeń to Wiedeń, tu mało które bary czynne są do północy, ulice pustoszeją po dziesiątej, a w tygodniu przed pierwszą przestaje kursować nawet metro i tramwaje. Mieszkając tu można do tego w końcu przywyknąć, chociaż mi chyba nigdy do końca się to nie udało. Wróciłam do domu już nie mogąc się doczekać następnego dnia.

Jesień w Sączowie

Jesień powoli odchodzi w zapomnienie ustępując miejsca zimie. Żegna nas słotną i ponurą aurą. I pomyśleć, że nie dalej jak miesiąc temu chodziłam po polach nieopodal lotniska w Pyrzowicach i robiłam zdjęcia kolorowych liści. Aż nie chce się wierzyć! Zobaczcie jak pięknie wyglądał Śląsk jesienią. I koniecznie zajrzyjcie do wpisu pierwszy śnieg gdzie pokazałam te same miejsca zimą, gdy pola pokryły się białym puchem a zamarznięte roślinki skrzyły się w słońcu milionem lodowych kryształków. W której odsłonie Sączów podoba Wam się bardziej?
Więcej jesiennego Śląska:

GraniÄ… Tatr Zachodnich

O wędrówce główną granią Tatr Zachodnich marzyłam odkąd zaliczyłam swoje pierwsze wejście na Giewont. Widoki na sąsiadujące szczyty były tak piękne, że aż chciało się iść dalej. Obiecałam sobie wtedy, że wrócę. I słowa dotrzymałam.
Naszym pierwszym pomysłem było wjechanie na Kasprowy Wierch i przejście czerwonym szlakiem w stronę Kopy Kondrackiej, a jeśli się uda to jeszcze dalej, na Czerwone Wierchy. Jesień to moja ulubiona pora na górskie wędrówki, ale niestety trzeba liczyć się z tym, że dni są o wiele krótsze, a zmrok zapada nagle i niespodziewanie dlatego chcieliśmy zyskać więcej czasu u góry wjeżdżając kolejką. Nasze plany od razu się zmieniły, gdy zobaczyliśmy tłum ludzi wyczekujących pod dolną stacją w Kuźnicach. Na oko cztery godziny stania, więc dłużej się nie zastanawiając minęliśmy tych bardziej od nas cierpliwych i ruszyliśmy szlakiem w kierunku Kalatówek i Hali Kondratowej.
Początkowo było dość tłoczno, co jakiś czas wyprzedzaliśmy wycieczki na Giewont. Zdecydowanie przyjemniej wędrowało się gdy minęliśmy już schronisko na na Hali Kondratowej. Tam szlaki się krzyżują, więc tłumy turystów poszły w prawo na Giewont a my jako nieliczni prosto malowniczą ścieżką, która doprowadziła nas przez Polanę Kondratową aż do podnóża Kopy Kondrackiej. Jak widzicie na zdjęciu przewyższenie do pokonania było spore i czekała nas niezła "wyrypka". Niepozorna dróżka zmieniła się w prowadzącą do góry zakosami serpentynę. Nie ukrywam, że był to sprawdzian dla mojej kondycji, który wypadł nie tak dobrze jak się spodziewałam, ale ostatecznie dałam radę.
Trudy wędrówki wynagrodziły mi całkowicie widoki z grani. Całe zmęczenie momentalnie ustąpiło gdy zobaczyłam jak tu pięknie. Uzbrojona w nowe pokłady energii ruszyłam na szczyt.
Udało się! Siedząc pod tabliczką Kopa Kondracka 2 005 m n.p.m. podziwiałam zapierającą dech w piersiach panoramę. Mój pierwszy dwutysięcznik zdobyty od początku do końca na własnych nogach, bez żadnych wyciągów i kolejek. Wiecie jaka byłam wtedy z siebie dumna?
Z jednej strony rozciÄ…gaÅ‚ siÄ™ cudowny widok na Å‚aÅ„cuch Tatr, w tym Kasprowy Wierch, ÅšwinicÄ™ i KrywaÅ„, a z drugiej na Giewont i Zakopane. Zapewne tych, którzy Giewont widzieli jedynie z doÅ‚u zawsze zastanawiaÅ‚o jak ci turyÅ›ci wchodzÄ… po tych stromych skaÅ‚ach. Odpowiedź macie na zdjÄ™ciu.  IdÄ…c szlakiem turyÅ›ci okrążajÄ… skalnÄ… Å›cianÄ™ i chowajÄ… siÄ™ za górÄ… by wejść na szczyt o wiele Å‚agodniejszym, poÅ‚udniowym stokiem. Ot i caÅ‚a zagadka. Przyznajcie, że z tej perspektywy wyglÄ…da to o wiele mniej groźnie.
Giewont to było moje pierwsze spotkanie z Tatrami. Wyciągnęli mnie tam znajomi i nie wiedziałam do końca na co się piszę. Jak możecie się domyślić, gdy odkryłam co się święci nie byłam zachwycona, ale ku mojemu i pozostałych zdziwieniu udało mi się wejść. Wtedy właśnie połknęłam tatrzańskiego bakcyla, który siedzi we mnie do dziś. Budzi się każdej wiosny i jesieni i każe mi jechać w góry, które poza pięknymi widokami za każdym razem dają mi szersze i pełniejsze spojrzenie na świat, poczucie, że mogę więcej i coś jeszcze, czego właściwie nie da się opisać. Stojąc wtedy na szczycie Kopy Kondrackiej i widząc, że tym razem weszłam jeszcze wyżej miałam wrażenie jakby świat jeszcze bardziej się przede mną otworzył.
Zeszliśmy z Kopy i ruszyliśmy czerwonym szlakiem mijając co jakiś czas graniczne słupki. Raz byliśmy w Polsce, raz w Słowacji i tak aż do Kasprowego. Widoki przecudowne, a trasa bardzo przyjemna i nie nastręczająca większych trudności.
Odprowadzeni ostatnimi promieniami słońca dotarliśmy na Kasprowy Wierch, skąd udało nam się załapać na ostatni zjazd kolejki. To był kolejny wspaniały dzień w górach i do dziś wspominamy wędrówkę tym pięknym szlakiem.
Będąc w okolicy Kasprowego Wierchu często widzę turystów, którzy wjeżdżają kolejką i później krążą bez celu wokół szczytu, nie wiedząc dokąd pójść. I absolutnie się z nich nie śmieję, bo też kiedyś zaliczyłam taką wycieczkę. Kochani, jeśli macie w planach wjazd kolejką na Kasprowy, warto na początek kupić sobie bilet tylko w jedną stronę i rozważyć dalszą wędrówkę czerwonym szlakiem właśnie w kierunku Kopy Kondrackiej i ewentualnie jeśli czas i siły Wam pozwolą, wejść jeszcze na Giewont. Widoki są niezapomniane a dzięki temu, że idąc granią nie pokonuje się jakichś dużych przewyższeń, trasa jest bardzo przyjemna i nie nastręcza większych trudności technicznych. Zejść można z Przełęczy pod Kopą Kondracką lub dalej z Giewontu, przez Halę Kondratową i Kalatówki z powrotem do Kuźnic. Wariant pierwszy to według mapy 3 h 15 min., a na drugą opcję trzeba zarezerwować sobie już znacznie więcej czasu ok. 5 h 10 min. To czas orientacyjny i jeśli dopiero zaczynacie przygodę z górami zawsze bezpiecznie doliczyć do niego godzinę. Nie zapomnijcie też o odpowiednim obuwiu, zabierzcie z sobą mapę i latarkę. I koniecznie dajcie znać jak Wam się podobało!

Zobacz także: